Kiedy dowiadujesz się, że Twoje dziecko jest chore

To nie będzie kolejny głos o tym, co jest dobre i jak powinno się postąpić. Za dużo jest przemądrzałych ocen, łatwych interpretacji, głośnych nawoływań, albo w jedną stronę: „powinno się bezwzględnie...”, albo w drugą stronę: „masz absolutne prawo...”. Za dużo jest teoretyzowania i debatowania o życiu. Zamiast tego potrzeba nam się urealnić, żyć i czuć. Być i bać się. Robić dobrze ale i nie wiedzieć. Być mądrym i jednocześnie nie umieć. Czas wreszcie żeby wyjść ze szkoły, bo tak trochę traktujemy nasze życie, które ciągle chcemy zmieniać, poprawiać, ciągle ma być lepsze, inne, mąż bardziej wyrozumiały, praca lepsza, ja bardziej „bardziejsza”.

Żyjemy w obsesji ciągłego chcenia więcej, inaczej. Totalnie zatraceni w stawaniu się lepszymi koncentrujemy nasze wysiłki na tym, aby dorównać swojej idealnej wizji. Zaczyna się od pytania w dzieciństwie: „kim chciałbyś być jak dorośniesz?” Nie wystarczy to kim jesteśmy: szczęśliwymi dziećmi eksplorującymi życie. Musimy być kimś innym, kimś jeszcze, kimś bardziej. Jest to zawsze jak obsesja, jakieś „coś” czym się trzeba stać. Od małego trenowani w chceniu czegoś inaczej niż to co jest, uczymy się braku akceptacji tego co jest. Musimy się samodoskonalić i udoskonalać nasze życia, nazywamy to ładnie aspiracjami i ambicjami. W ten sposób rodzi się uzależnienie od wizerunku idealnego i utrata kontaktu z obrazem realnym, siebie i życia.

Wszystko co budujemy w umyśle - swój idealny obraz rzeczywistości, jest niezależne od tego, co dzieje się  w naszych emocjach. Tu jesteśmy autentyczni, prawdziwi, realni - nie idealni. Nawet, jak „tuczymy się” regularnie wizją siebie idealnego, emocje mówią prawdę i pojawiają się niezależnie od naszej koncepcji siebie. Stąd na przykład osoby przekonane o tym, że nie skrzywdziłyby nawet muchy, w obliczu zagrożenia bywają wstrząśnięte pokładami agresji jakie w sobie noszą.

Decydując o losie swoim i dziecka w swoim łonie, zbyt często chcemy się oprzeć na światopoglądzie, na tym co zrobiłby ten mój idealny wizerunek. Stąd łatwo debatujemy w gronie znajomych o podobnym światopoglądzie, co byśmy zrobili, albo oceniamy ludzi, którzy zrobili inaczej niż my „byśmy”. Dopóki nas to nie dotyczy łatwo jest tworzyć wizje z perspektywy ja idealnego. Ono świetnie sobie radzi na spokojnym morzu, kiedy warunki są idealne.

Pary, które dowiadują się o chorobie dziecka wypływają na głęboka wodę - wodę, której dotąd nie znały, wodę zupełnie im obcą. Nadmuchana wizja idealnego ja tak bardzo aprobowana społecznie w całej filozofii ustawicznego udoskonalania siebie nie daje rady z rzeczywistością, która się nam w tym momencie przydarza. Wtedy jesteśmy jacy jesteśmy. Silni i słabi, piękni i bezradni. Pełni sprzeczności. Różnorodni. Ja idealne jest za słabe żeby przy takim sztormie utrzymać się na dłużej.

To jest bardzo przyjemne- zidentyfikować się ze swoim ja idealnym i uwierzyć, że się jest niezniszczalnym, absolutnie silnym, herosem, który każdą górę przeniesie i dziecko upośledzone do końca życia wcale nie jest mu straszne. Tylko czy to aby na pewno jestem cała ja? W całości mamy w sobie wzniosłe ideały, szczytne cele, oraz słabości, ograniczenia, kruchość.

To normalne i adekwatne, że w obliczu tak wstrząsającej diagnozy jaką jest choroba nienarodzonego jeszcze dziecka dochodzą do głosu bardzo silne emocje. To normalne, że dochodzą do głosu emocje, których nigdy wcześniej nie czuliśmy, z ogromną siłą powalają nas lęki, których nigdy wcześniej nie czuliśmy i odzywają się w nas impulsy, o których istnieniu nie mieliśmy  pojęcia. To wszystko bardzo adekwatna reakcja na tę sytuację. I ta reakcja może być bardzo wstrząsająca. Zyskujemy dostęp do takich części siebie o których nie mieliśmy pojęcia. To nadal my, tylko tacy jakich się nie znaliśmy jeszcze wczoraj. I możemy próbować wyprzeć to, co dochodzi do głosu, bo nie pasuje do obrazka z wczoraj, obrazka siebie do którego jesteśmy przyzwyczajeni, przekonani. Może chcielibyśmy na siłę przytrzymać się tej wizji z wczoraj i zignorować te nowe odczucia, impulsy... Jakby nigdy nic. Bo tak trudno pomieścić w naszym pojęciu to wszystko nowe, co się w nas pokazuje, co sami w sobie odkrywamy.

Niedopuszczenie do świadomości pewnych impulsów, bo: nowe i niezrozumiałe, wytłumienie silnych emocji, bo: mieszają w logicznej analizie, wypieranie w zarodku pewnych myśli bo zaskakujące lub przerażające to są nasze ludzkie sposoby, żeby poradzić sobie z tymi najtrudniejszymi sytuacjami w życiu. Niestety tak samo jak powszechne, tak samo zawodne są to strategie. Najczęściej pozwalają poczuć tylko chwilową ulgę po podjęciu decyzji. W dłuższej perspektywie, wszystkie wyparte impulsy, myśli i uczucia wracają, męcząc nawet latami.   Wracamy do tego co było wielokrotnie, szukając bez końca odpowiedzi na pytanie: A co gdybym zrobił/a inaczej. Destrukcyjne nawracające myślenie jakby to było, gdybym zrobiła inaczej i poczucie utknięcia w tamtej sytuacji, bolesny żal do siebie lub poczucie winy to typowe co się wydarza, kiedy staramy się sobie „uprościć decyzje” i wyprzeć część naszego złożonego przeżywania.

Jeśli jesteś jedną z tych, która utknęła bo coś „zrobiła albo nie zrobiła”, spójrz wstecz na siebie z największą czułością jaką masz w sobie i zobacz w sobie tamtą osobę, przerażoną, zagubioną próbującą jak tylko potrafiła podjąć dobrą decyzję. Tak: chciałaś podjąć dobrą decyzję.... Być może czasu było mało, być może lekarz powiedział, żeby nie zwlekać, być może mąż miał już poukładane w głowie, a Tobą nadal szarpało.... Ale coś trzeba było zrobić, zegar głośno tykał, oni patrzyli na Ciebie oczekująco. Więc uwierzyłaś w te racjonalne argumenty – tak, miały sens. Nie wiedziałaś co robić, totalnie rozpadałaś się na kawałki, zagubiona jak nigdy wcześniej, a tu trzeba podjąć „męską decyzję”. Nauczyłaś się podejmować męskie decyzje, przeszkadzające uczucia pozostawiając na boku. Chciałaś stanąć na wysokości zadania, może nie robić problemu im wszystkim, nie przedłużać. Może sama już nie miałaś siły rozważać tego miliony razy w swojej głowie, bo każdy scenariusz był zły i przerażający. Pochyl się nad sobą, tą  która nie miała wtedy przestrzeni, ciszy, pozwolenia i wsparcia z zewnątrz żeby dopuścić te wszystkie swoje wątpliwości, sprzeczności, miłość do dziecka a jednocześnie lęk przed życiem z upośledzeniem... Nie było na to miejsca... Teraz możesz: usłyszeć tamte lęki i tamte pragnienia i otulić się ze zrozumieniem. Ukochać siebie. „Och, jakie to było trudne i straszne... Jak bardzo nie wiedziałam. Jak byłam zagubiona.... Jak bardzo nie umiałam... Jaki to był koszmar...” Pożałować siebie, pochylić się nad sobą czule - to adekwatne i leczące.

Pozostań z tym ile trzeba. Rób to tyle razy ile trzeba. Ukochaj tamtą siebie tak jak ukochujesz najbliższą osobę, kiedy jest jej ciężko, trudno, kiedy coś ją przerasta...

Psycholożka Anna Masternak

Dane fundacji

Marokańska 4H, 03-977 Warszawa
NIP: 1132999142
KRS: 0000789473
REGON: 38356065300000

Numer konta

Bank mBank
25 1140 2004 0000 3002 7902 9240
IBAN: PL25 1140 2004 0000 3002 7902 9240
BIC/SWIFT: BREXPLPWMBK

FacebookInstagram
© 2019 Fundacja Medycyny Prenatalnej - im. Ernesta Wójcickiego
Projekt i wykonanie: Fiemastudio